sobota, 23 października 2010
Chyba zamykamy?

fot. BJK / Stacja PR

Od marca jestem pochłonięty innym miejscem, innym miastem, inną przestrzenią. Choć moje fotoblogowanie zawsze było okazjonalne to jednak zachowywało jakąś tam regularność oraz oparte było na jakiejś obserwacji spraw związanych z Rzeszowem, nawet jeśli miasto to obserwowane było przeze mnie tylko weekendowo po przyjeździe z Krakowa. Wszystko to skończyło się w momencie przeprowadzki do Warszawy, gdzie codzienne życie jest na tyle pochłaniające (także w sensie energii), że uwagi z trudem starcza na inne rzeczy, tym bardziej inne miasta. Przyjeżdżam coraz rzadziej. Patrzę na Rzeszów, cieszę się nim, jego coraz lepszym uporządkowaniem w architekturze zieleni, czystością, spokojem. Mam nadzieję, że Rzeszów kiedyś będzie równie dobrze zaprojektowany pod względem tkanki miejskiej, że architektura będzie wyznacznikiem poziomu tego miasta. Ale nie łudzę się za bardzo.

Nie będzie już więcej zdjęć, a nawet jeśli kiedyś będą to rzadko i nieregularnie. Bardzo dziękuję wszystkim za odwiedziny, za maile i komentarze. Były chwile, że się sprzeczaliśmy, nawet bardzo ostro, ale zawsze były to spory "o coś". Dopóki spieraliśmy się zajadle o coś, znaczyło to, że nam na tym bardzo zależało. Mam nadzieję, że Państwo nie odpuścicie: miastu, urzędnikom, sobie.

Pozdrawiam
BJK

piątek, 05 lutego 2010
Rzeszów. Przebudzenie

W ostatnich czasach blogasek ten unikał podejmowania jakichkolwiek treści, głownie dlatego, że jego pan – ze względu na fascynacje innymi miejscami – mu na to nie pozwalał. Ostatnie czasy obfitowały jednak w szereg zmian, które nie powinny pozostać niezauważone. Jedną z nich jest – jak sądzę – pewna zmiana w sposobie postrzegania miasta przez jego mieszkańców. Czytając różne fora i komentarze do artykułów, wreszcie same artykuły (bardziej krytyczne niż kiedyś, mające więcej wspólnego z dziennikarstwem interwencyjnym niż z czystym relacjonowaniem wydarzeń), zaczynam dostrzegać pewną zmianę. Coś czego wcześniej raczej nie było. Ludziom w tym mieście przestaje się podobać to, że ktoś ewidentnie robi ich w balona. Jest coraz więcej racjonalnych i krytycznych głosów w różnych sprawach. To cieszy, bo miasto to potrzebuje krytycznego spojrzenia. Poprzedni stan rzeczy, kiedy większość była sennie zadowolona ze status quo, był - delikatnie mówiąc - mało progresywny.

Tymczasem czytam, że ktoś odważył się przeciwstawić taniej i kuriozalnej propagandzie sukcesu, związanej z hasłem „Rzeszów – stolica innowacji”, przerabiając je na „stolicę imitacji”. Gazeta podchwyciła temat i przepytała na tą okoliczność urzędasów i eksperta. Ba, jak na dotychczasowe senne teksty rzeszowskiego oddziału, mamy tutaj prawdziwą rewolucję, tak jakby nagle komuś się tam zechciało zająć miastem na serio, a nie tylko na niby (brawo Małgorzata Bujara). To cieszy.

Jest wreszcie list Michała, który inicjuje dyskusję o kategoryzacji kraju na Polskę A i B. Ciekawy głos, który odczytuję jako wyraz sprzeciwu wobec mentalnej kolonizacji, jakiej dokonuje centrum na peryferiach. Choć należałoby się z Michałem nie zgodzić, to jednak rozumiem jego argumenty i jego złość. Komentarze do listu pokazują, że wielu osobom temat leży mocno na serduchu.

Na koniec sprawa kolejki, którą od dłuższego czasu straceńczo lansuje prezydent tego miasta. Pomijam kwestię, że jest to czysty Monty Python w wydaniu lokalnym, bo ta sprawa zawsze taką była – jeśli jednak się wczytać w to, co piszą na ten temat ludzie w komentarzach do problemu, to człowiek momentalnie wraca do rzeczywistości i czuje się znów w przestrzeni kartezjańskiej. Głosy mieszkańców tego miasta są bowiem w ogromnej większości racjonalne, sami mieszkańcy (zgoda: internauci) patrzą na rzeczywistość trzeźwo, nie ulegają propagandzie, widać, że rozróżniają bełkot i senne mary od nagiej rzeczywistości. Czy ja śnię? Czy to Rzeszów się budzi do życia?

Po razi pierwszy czuję się dumny z mieszkańców tego miasta. Jeśli właśnie rodzi się na naszych oczach społeczeństwo obywatelskie, to znaczy, że niepoważni ludzie sprawujący rządy będą powoli odchodzić, będzie trudniej puszczać oko i prężyć muskuły, jednocześnie imitując (stolica imitacji, tak?) działania. Jeśli tylko lokalni dziennikarze nie odpuszczą lokalnej władzy, jeśli zaczną uprawiać krytyczne dziennikarstwo, jeśli ludzi nie przestanie obchodzić ich miejsce do życia, jeśli nadal będą powstawać stowarzyszenia stawiające sobie za cel wpływ na rozwój miasta, jeśli to nie sen...

... to znaczy, że Rzeszów naprawdę budzi się do życia.

22:48, miasto.rzeszow , Teksty
Link
wtorek, 19 stycznia 2010
Rzeszów nie dla pieszych

Fot. archiwum rzeszow.bloksa z 2008-go. Krzywe są kamienice i nie nasze ulice

Powiem Wam coś. Jeszcze przed nastaniem zimy, nim pierwszy śnieg zaszył powłoki tego wschodniego i ponurego miasta, czyniąc je bardziej znośnym w odbiorze wzrokowym, choć zdecydowanie mniej w odbiorze motorycznym, ruszyłem pieszką w trasę po środmieściu i obrzeżach. Trasa ta wiodła przez różne miejsca, których nie ma aż tak znowu wiele w tych rejonach, by się tu nad nimi szczegółowo rozwodzić. Dość powiedzieć, że przeszedłem tereny od Nowego Miasta po Baranówkę, chodząc w różnych dniach za różnymi sprawami i różnych rzeczy wyglądając. Wraże to miasto spychało mnie raz po raz na drogi dla pieszki nieprzystosowane, a pod koła pojazdów bardziej powykładane i dla ich dogodności raczej, niźli dla pieszego, przeznaczone. Nadziwić się nie mogłem, a nie od wczoraj tutaj pomieszkuję, iż nawet tak świeże i jeszcze nie ostygłe od nowości budowle, jak Galeria Nowy Wyświt, w zamysłach ich prowodyrów nie przewidziały łagodnego do nich dojścia piechotą, a wręcz starały się pieszym dojście owo uprzykrzyć. Tak tutaj, jak i wszędzie indziej w tym mieście drogi są dla pojazdów, szlaki dla kierowców, przestrzeń dla aut. Reszta niechaj odkłada na własne kółka, albo nie wychodzi w ogóle z domu. Nieszczęśliwi niechaj będą amatorzy miejskich wędrówek, niech zapłaczą matki z dziećmi i same dzieci w wózkach, które muszą od najmłodszych lat ustępować samochodom; niechaj zadumają się spacerowicze wszelkiej maści, religii i profesji na myśl o tym, jak można byłoby pięknie przez Rzeszów spacerować, gdyby Rzeszów myślał o pieszych i chciał się na nich otworzyć.

Człek łażąc po dość brzydkich i wiejących smętnicą parkach, przedzielonych szlakami samochodowymi i upchanymi po brzegi parkingami bez ścieżek dla ludzi, musi tu w końcu zadać sobie pytanie, czy aby bardziej nie jest więźniem zamkniętym w spacerniaku, niźli wolnym obywatelem na własnej ziemi, w swoim mieście; czy pozbawiono go jakichś praw do swobody i używania własnych kończyn, czy miasto to we władanie wziął jakiś wkurwiający Pan Samochodzik-Morderca, etc.

Pogrążony w zadumie przeszedłem całe miasto dookoła. Przedzierałem się przez parkingi i chodniki prowadzące donikąd. Przebiegałem przez trzypasmowe aleje unikając potrąceń na pozbawionych świateł przejściach dla pieszych. Wróciłem cały. Udało się.

Pod hasłem "Rzeszów" w Nonsensopedii jest taki fragment: "Miasto z wyglądu przypomina pierwszy poziom z gry Super Mario Bros". Zawsze mi się ten fragment podobał, ale dopiero teraz zrozumiełem jego głęboki sens.

piątek, 27 listopada 2009
Dlaczego Rzeszów potrzebuje nowoczesnej architektury (której wciąż nie ma)? [ESEJ]

Parc Diagonal Mar, BarcelonaParc Diagonal Mar, BCN

Przyglądam się trochę z oddali temu, co dzieje się w Rzeszowie. Interesują mnie plany inwestycyjne oraz wstępne realizacje. Pochodzę z rodziny o architektonicznych tradycjach i choć sam nie jestem architektem, jestem bardzo uczulony na estetykę miejskiej przestrzeni. Odwiedzając inne miasta robię nieświadomie mapy pamięciowe architektury, obserwuję uważnie zabudowę, gdy mam rozmówców, dyskutuję o niej, słucham co mają do powiedzenia architekci i urbaniści, wykonawcy i projektanci, a także zwykli ludzie. W miarę możliwości śledzę to, co dzieje się w architekturze na świecie i choć nie jestem ekspertem, staram się pielęgnować w sobie jakąś wrażliwość na przestrzeń. Mam świadomość, że architektura jest kluczową dziedziną życia społecznego, bowiem kształtuje nasze relacje z otoczeniem, jako przestrzeń, w której żyjemy: mieszkamy, uczymy się, jeździmy do pracy, wypoczywamy, spacerujemy… To, w jakim świecie żyjemy, jak ten świat odbieramy jest w dużej mierze zależne od jakości architektury, która nas otacza.

Cieszę się ilekroć oglądam dobrą jakościowo architekturę, jestem autentycznie smutny kiedy obcuję z kiczem i makabrą. Dyskusja o jakości architektury jest ściśle związana z poziomem i świadomością estetyczną i kulturową rozmówców. Korelacja między ludźmi, ich wiedzą, kulturą, wyobraźnią i tzw. obyciem w świecie a jakością projektowanej i akceptowanej w danym mieście architektury jest symptomatyczna. Miasta o dużym potencjale gospodarczym, w których rządzą osoby o wysokich kwalifikacjach (poziom kształcenia); miasta które są otwarte na dyfuzję kulturową (przenikanie się wpływów) i szanują tradycję, w której wyrosły, posiadają najciekawsze realizacje architektoniczne a ich przestrzeń zwyczajnie cieszy: jest harmoniczna i spójna, wykorzystuje nowe pomysły i zarazem wpisuje się otoczenie, jest realizowana przy użyciu najlepszych dostępnych materiałów.

Mam świadomość, iż w Polsce jest stosunkowo mało dobrej architektury. Wiem, że poziom wymagań co do nowych realizacji jest skandalicznie niski, a ludzie po wielu latach szarugi PRL-u cieszą się z czegokolwiek, co jest nowe i czyste. Rozumiem skąd bierze się radość wobec odremontowanych blokowisk, gdzie szary klocek przerabia się za pomocą styropianu i tynku w klocek kolorowy, wiem, że nawet wtedy dokonuje się jakiś proces zmiany „na lepsze”, który daje ludziom nadzieję, pozwalając wreszcie żyć w przestrzeni w miarę czystej i uporządkowanej. Należę do tych wciąż nielicznych, których bolą oczy, kiedy muszą patrzeć na obijane styropianem kolorowe budynki, ale staram się równoważyć swoją niechęć racjonalnymi przesłankami. Wiem, że ten kraj jest wciąż zbyt biedny, aby móc osiągnąć więcej; wiem, że ludzie, którzy tu mieszkają, mają inne zmartwienia niż przestrzeń wspólna, iż to, co publiczne ma wciąż małe znaczenie; wiem, że świat – generalnie – mało ludzi obchodzi; zdaję sobie sprawę, że wymagania co do jakiegokolwiek poziomu architektonicznego zakładają jakąś wiedzę (i wyobraźnię) na temat architektury, której to wiedzy (i wyobraźni) zwyczajnie społeczeństwu brakuje. Wiem to wszystko i staram się patrzeć na ten na nowo projektowany świat w miarę bez emocji.

Niestety nie zawsze to się udaje. Rzeszów jest tego wybitnym przykładem, choć oczywiście nie jest jedynym miastem, gdzie w imię „nowoczesności”, „inwestycji”, „modernizacji” wciska się ludziom zwyczajny, pospolity, wołający o pomstę do nieba i nalot bombowy, nowoprojektowany chłam.

Chciałbym w tym miejscu przywołać właśnie dokończoną tzw. rewitalizację parku przy ul. Pułaskiego, w którym na całej przestrzeni zrobiono coś w rodzaju skrzyżowania cepelii z placem zabaw oraz planowaną realizację gmachu urzędu miasta przy ul. Piłsudskiego, która jest oczywistą kpiną z mieszkańców tego miasta, bowiem nie tylko oferuje im trupa dopiero co wyburzonego po drugiej stronie ulicy Hotelu Rzeszów, ale jeszcze – w ustach jej propagatorów – oferuje „nowoczesne, ascetyczne rozwiązanie na poziomie światowym”.

Park pomiędzy Pułaskiego i Jałowego (Jedności Polonii z macierzą) wygląda tak, jakby projektował go cały zespół pieśni i tańca, przy czym każdy artysta kreślił coś innego i przy użyciu innych materiałów. Estetyka ogrodowej altanki krzyżuje się tutaj z czarem PRL-u i ulubioną w Polsce małomiasteczkową tandetą. Brakuje ogrodowych krasnali i bocianów, ale te postaram się już dostarczyć tam na własną rękę, bo podobno zabrakło funduszy. Czy ktokolwiek z decydentów, projektantów tej makabry (byli w ogóle jacyś?) słyszał o architekturze przestrzeni, miał kiedykolwiek w ręku jakikolwiek album z Taschena, szukał dokumentacji podobnych realizacji gdzieś indziej w świecie (tak dla porównania choćby) – czy jedynym punktem odniesienia dla tej realizacji był podrzeszowski ogródek działkowy? Idea która zrodziła to dzieło karmi się w najlepszym wypadku dwoma źródłami: zlepkiem post-PRLowskeigo monumentalizmu parkowego (ciężkie betonowe formy) z rozmachem ogródka działkowego (altanki, scena, ławeczki wokół niej, grządki).

Co do pracy architektów z krakowskiej pracowni UCEES, którzy wygrali konkurs na gmach urzędu miejskiego przy ul. Piłsudskiego to nie można pozostać obojętnym nie tylko na samą propozycję (która w moim mniemaniu przekreśla to biuro wizerunkowo na długie lata), ale także na to, w jaki sposób tłumaczy się ten wybór.

„Ocena architektury nie powinna podlegać rankingom popularności. To nie jest konkurs na Miss Polonia, ani na najlepszy serial” – powiedział podczas dyskusji pokonkursowej przewodniczący sądu konkursowego Antoni Domicz. Nazwał też wybraną przez jury realizację „smukłym, wysokim, eleganckim budynkiem administracyjnym”. Jeśli Państwo macie czynny narząd wzroku możecie dość szybko ocenić te słowa w odniesieniu do realizacji o której mowa. Dlaczego nie powiemy sobie wprost, o co w tym wszystkim chodzi, Panowie? Bo przecież nie chodzi o dobrą architekturę. Taki sam smukły, wysoki i elegancki budynek niedawno wyburzono, mamy po nim dziurę w ziemi. Uważam też za wysoce niestosowne używanie argumentów, iż architektura nie powinna podlegać ocenie mieszkańców. Jeśli Pan Domicz jest tak pewny, iż jury wybrało projekt najlepszy, a krytycy to banda pospolitych półgłówków, niech podda ów projekt pod osąd ekspertów. Jeśli faktycznie mieszkańcy nie mają nic do powiedzenia, niech wypowiedzą się tzw. autorytety spoza rzeszowskiego podwórka, i koniecznie nie koledzy z działkowej altanki pod Rzeszowem.

Projekt pracowni UCEES, jeśli wejdzie w życie, na pewno nie pomoże wizerunkowo temu miastu. Pomoże natomiast paru osobom podjąć decyzję o wyjeździe lub o zaniechaniu powrotu. Architektura jest częścią życia, tak w życiu, jak i w architekturze, trzeba sobie stawiać wysokie wymagania i dążyć do ambitnych celów. Jeśli zaś wybieramy miernotę i idziemy po najniższej linii oporu, bądźmy przynajmniej szczerzy i się do tego przyznajmy przed sobą i przed ludźmi. Pracowni UCEES zalecałbym po koleżeńsku i przy okazji, aby popracowali wizerunkowo nad swoją stroną internetową. I w końcu zamieścili konkursowy projekt – niech świat o nim usłyszy czym prędzej! W czym parę osób z chęcią pomoże.

 

Dlaczego Rzeszów potrzebuje nowoczesnej architektury (której wciąż nie ma):

  • ponieważ jest miastem pozbawionym zabytków, spójnej zabudowy, koherentnego planu architektonicznego zagospodarowania
  • ponieważ ascetyczne, harmoniczne, odważne, wpisujące się w otoczenie, szanujące istniejącą zabudowę, użyteczne, realizacje architektoniczne tworzą wizerunek miasta i jego charakter
  • ponieważ dobra architektura poprawia jakość życia mieszkańców, ułatwia decyzję o związaniu się z miastem na dłużej
  • ponieważ architektura to żywa wizytówka miasta – magnes dla przedsiębiorców, pierwsze wrażenie bywa decydujące, kiedy wpada się do miasta na chwilę
  • ponieważ ludzie, którzy tu żyją, zasługują na coś lepszego niż tandeta, kicz i co najwyżej przeciętne realizacje
  • ponieważ Rzeszów jest miastem niedoinwestowanym i jest skazany na przyszłe inwestycje – wymagajmy od inwestorów więcej, będziemy więcej otrzymywać
  • ponieważ mierne inwestycje dają sygnał dla przyszłych inwestorów, że można tu robić wszystko po najlżejszej linii oporu
  • ponieważ polscy młodzi architekci wygrywają międzynarodowe konkursy i nie trzeba do nich mówić w obcych językach (Panie Prezydencie i świto), aby się dogadać i usłyszeć co mają do powiedzenia
  • ponieważ…
15:46, miasto.rzeszow , Teksty
Link
niedziela, 15 listopada 2009
Co daje boks?

Photo by Pierdante Romei / Creative Commons from flickr.com

Swego czasu bardzo lekceważąco odnosiłem się do wszelkich sportów, traktując je jako intelektualnie nieistotne. Boks – jeśli już zajął mą uwagę – jawił mi się jako bezsensowne mordobicie. Wszystko zmieniło się oczywiście potem i w jakimś tam stopniu to właśnie refleksja intelektualna doprowadziła mnie na salę gimnastyczną, ale do rzeczy.

Co daje boks? Osoby, które ćwiczą doskonale zdają sobie sprawę, na pewno każdy wynosi z tego jakieś indywidualne korzyści, to oczywiste. Chciałbym nieco rzecz uogólnić i zobiektywizować – notę tę dedykuję zaś wszystkim, którzy jeszcze nie posmakowali szlachetnej walki na pięści i wahają się czy spróbować.

Co dają treningi bokserskie | Zalety boksu | Boks dla początkujących

Przede wszystkim pokora

Jeśli wcześniej machałeś pięściami i zdarzało Ci się brać udział w jakichś tam bójkach czy przepychankach, bądź walić w worek bez przygotowania, albo nawet chodzić regularnie na siłownię, nie sądź, że masz doświadczenie w boksowaniu. Pierwszy trening uczy pokory, pokazuje, jak bardzo jesteś sztywny, jak nie radzisz sobie z koordynacją ruchową. Pierwszy kontakt z boksem to zazwyczaj bolesna (dosłownie) lekcja tego, jak ważne w tym sporcie są nogi. Praca nóg to podstawa i to od niej buduje się postawę bokserską. Dla laików to oczywiście szok. Walka na pięści a trenujemy nogi?

Aby wejść w pozycję, jako tako radzić sobie z podstawowymi sekwencjami ruchów potrzeba trochę czasu, trochę kontuzji po drodze i dużo samozaparcia. Nikt na początek nie wysyła początkujących do sparingów, więc bez obaw. Tu nie chodzi o to, by kogoś zlać, ale o to, by "wiedzieć" jak zadaje się ciosy i jak wygląda obrona. W tym sensie boks jest bardzo podobny do szachów. Nie znasz reguł, nie potrafisz poruszać figurami, nie podejmujesz gry.

Po pewnym czasie wszystko staje się bardziej naturalne. Poruszanie się krokiem bokserskim, wyprowadzanie ciosów, powrót do gardy – podstawowe sekwencję pozwalają na pierwsze ćwiczenia w parze, wymianę ciosów, bloki, uniki. Dobry trener przeprowadzi nowicjusza dość szybko przez początki, będzie zwracał uwagę na błędy, będzie wiedział kiedy przejść do kolejnego etapu. Po kilku miesiącach zaczniesz już jako tako prowizorycznie boksować.

Sparingi to bardzo ważna i oczywiście zasadnicza (bo sprawdzająca technikę, kondycję, psychikę) część szkolenia. Zazwyczaj sparuje się z partnerem, który odpowiada nam wagą oraz doświadczeniem, chyba że cele treningowe są inne. W każdym razie, już po jakimś czasie, przychodzą pierwsze efekty.

Co daje boks?

Jest bardzo wiele czynników wskazywanych przez różne osoby, które ćwiczą (ćwiczyły) i poddawały te rzeczy jakiejś refleksji. Pozwolę sobie na krótkie zestawienie, wrzucając parę groszy od siebie.

Boks (także inne sztuki walki):

- rozwija ogólną koordynację ruchową, bardzo poprawia refleks, spostrzegawczość
- uczy koncentracji i skupienia (bo inaczej może zaboleć…)
- dodaje pewności siebie
- pozwala poznać swoje słabości i podjąć nad nimi pracę
- uczy pokory i szacunku do przeciwnika
- zwraca uwagę na wagę konkretu w rzeczywistości
- pozwala zauważyć, iż człowiek jest jednością: a walczą nie tylko mięśnie ale przede wszystkim psychika
- uczy pokory wobec rzemiosła, cierpliwości do treningów i współkształtuje stopniowo charakter
- wzmacnia odporność na niepowodzenia i uczy walki do końca
- daje satysfakcję, energetyzuje, wycisza

Mnie osobiście nauczył jeszcze tego, że walka to nie próba i że nie ma powtórek (tak samo jak w życiu).

Boks – w odróżnieniu od innych sztuk walki (będę się upierać ) - wyróżnia się szlachetnością. Jego reguły są określone i bezpieczne, bywa brutalny w wersji zawodowej, ale nie jest brutalny w swoim założeniu. Boks jest walką dżentelmenów (nie ma kopnięć w głowę, nie uderza się z kolana, ani z łokcia), ma w naszym kraju długie i bogate tradycje. W każdym większym mieście można znaleźć sekcję i wykwalifikowanych trenerów. Polecam. I przypominam: prawdziwy boks to żmudny i wymagający sport, nie ma nic wspólnego z chuligaństwem i bijatykami na ulicach.

Linki:

:: Rzeszowski klub bokserski Wisłok – patrz
:: Podkarpacki Okręgowy Związek Bokserski – patrz
:: Antologia sportów walki w Rzeszowie - patrz

19:19, miasto.rzeszow , Teksty
Link
Rajd - ul. Zamkowa

Ulica Zamkowa w Rzeszowie, w tle po lewej budynek PKO, po prawej obecna siedziba Radia Rzeszów. Zdjęcie pochodzi ze strony rzeszowskiego automobilklubu.

Ta fotografia wywołała we mnie sentyment nie tylko za tym, co przeszłe, ale także dziwne poczucie, że współczesny świat w realiach polskich nie do końca udźwignął bagaż przeszłości; że architektura mogła rozwijać się w sposób bardziej ciągły i spójny. Mam świadomość, że to próżne żale (nie tylko do Rzeszowa) i w zasadzie, akurat ten fragment miasta, wciąż wygląda OK. Tak czy siak, zdjęcie pierwsza klasa. Motocykle też. I gogle. I ludzi nie brakuje.

zakmowa rzeszów archiwalne

14:42, miasto.rzeszow , Teksty
Link
środa, 19 sierpnia 2009
Rower jako narzędzie poznania*

Wciąż upalnie. Jeżdżę rowerem po mieście i okolicach, staram się eksplorować zaułki, zjeździć wszystkie zakamarki dokumentnie i fotografować. Mam nikona przewieszonego przez ramię, gdy coś wypatrzę hamuję ostro, robię zdjęcie, i jadę dalej. Jest w tym jakaś łobuzerka radość i fantazja. Niby nic a człowiek goni z językiem na brodzie, kręci pedałami i rozgląda się jak wariat dookoła. Odkryłem, że to miasto można przy dobrej kondycji objechać w pół godziny. Odbijam więc coraz częściej od centrum i improwizuje, szukając szlaków w okolicy.

Dziś przejechałem Zalesie, wspiąłem się na podjazd pełen willi i zagrodzonych posesji i nagle okazało się, że to koniec drogi, cały wysiłek wspinaczki na nic. Odbiłem więc w drogę boczną, na której widniało ostrzeżenie, że to prywatne i nie wolno, rozpędziłem się i wskoczyłem na jakąś łąkę, która luźno opadała w dół. Pędziłem tak na złamanie karku, zostawiając za plecami prywatne terytoria. Coś jak rejs przez stepy akermańskie, łąka nie koszona, zarośnięta ponad metr pokrzywami i wszelkiego rodzaju zielskiem, w sam raz na popołudniową przejażdżkę. Kręciłem co sił w nogach, starając się chronić przed pokrzywami i nie rozbić aparatu o kierownicę. Po drugiej stronie wzniesienia znów domy, znów ogrodzenia i dopytawszy jakąś kobietę o przejście w końcu dotarłem do asfaltowej nawierzchni. A potem dalej w górę i do przodu.

I tak w tym stylu od tygodnia.

* tytuł wzięty z posłowia autorstwa Romana Zimanda do "Szkiców piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego. Kto czytał szkice ten wie o co kaman.

łaki i pola Zalesie Rzeszów

12:08, miasto.rzeszow , Teksty
Link
czwartek, 30 lipca 2009
Manifest braku 2009

manifest braku

Rzeszów jest miastem wojewódzkim, stolicą Podkarpacia. Jako region sąsiaduje od południa ze Słowacją, od wschodu z Ukrainą. Ma unikalną wręcz w skali całego kraju możliwość na prowadzenie działalności integracyjnej i na aktywne uczestnictwo w większej strukturze o znaczeniu ponadregionalnym. Tymczasem tak miasto, jak i województwo, są pozbawionym większej roli ośrodkiem, zamkniętym w kręgu wewnętrznych, podwórkowych spraw, nie aspirującym nawet do tego, aby zaznaczyć się i wyodrębnić  z najdalszych kręgów nicości i zapomnienia.

Ilekroć tu przyjeżdżam uderza mnie cudowny w swym autentyzmie mentalny bezruch i bezład oraz brak wyobraźni. Rzeszów, jeśli już do czegoś dąży, zawsze stawia sobie za wzór kopię czegoś, co zostało osiągnięte lub zrealizowane gdzie indziej.  W dodatku w swoim naśladownictwie jest częstokroć  karykaturalny.

Dość powiedzieć, iż większość mieszkańców jest zadowolona z tego, iż żyje w czystym i bezpiecznym mieście. Rzeszów bez wątpienia zasługuje na uznanie w związku z modernizacją dróg i próbą rewitalizacji zniszczonej zabudowy. Ale już przekonanie o tym, iż miasto jest dynamicznie rozwijającym się ośrodkiem czegokolwiek powinniśmy poddać zasadniczej weryfikacji, gdyż zostało ono nam wmówione i przyswojone jako element  terapeutyczny.

Punktem wyjścia każdej strategii działania powinna być sumienna krytyka i określenie status quo. Pozwolę sobie przedstawić jej skrócone elementy.

 

1. Nie ma kultury

Czynnikiem rozwojowym każdego dynamicznego ośrodka, już od czasów sumeryjskich, była zawsze kultura. To w sferze idei zaczyna się zawsze wszelka przemiana i z niej wynikają wszelkie inicjatywy. Rzeszów jest pozbawiony ruchu w sferze idei. Miasto nie posiada żadnego (!) ośrodka, który inicjowałby działania na tym polu, nie jest przystankiem na drodze podbojów jakichkolwiek nowych idei (przy czym nie chodzi o kręcenie jakichś tam teledysków, czy koncerty grup rockowych).

Ruch w sferze idei, autentyczny, ciągle ponawiany, inicjowany przez specjalistów w tej dziedzinie, osób z iskrą bożą i doświadczeniem, a nie pozorowany raz na jakiś czas przez przypadkowe osoby lub magistrat, aby dać argument, że coś się dzieje, jest sprawą absolutnie konieczną, jeśli chcemy sprawić, aby w Rzeszowie rodziły się fajne pomysły, aby miasto żyło własną energią. Niestety Rzeszów jest miastem, które samo z siebie nikogo interesującego nie przyciągnie i dlatego potrzebny jest silny ośrodek moderujący takie działania.

Brak kultury i marazm w sferze idei powoduje, iż większość młodych ludzi, którzy mają charakter, talent i temperament opuszcza to miasto na zawsze wraz z wyjazdem na studia. Ci ludzie odnoszą sukcesy gdzie indziej, pracują dla innych ośrodków, nigdy nie wracają, nie mają do czego. Dla nich brak idei, jest tożsamy z brakiem tlenu, duszą się.

Rządzący miastem skupiają się na ulepszaniu komunikacji i materialnej powłoce miasta, bo ta sfera była dotąd zaniedbywana. To widać, tym można się chwalić i na tej niwie zyskiwać popularność.  Tymczasem kultura kojarzona jest tutaj siermiężnie i stereotypowo. Festiwal zespołów polonijnych, wykorzystywanie jakichś (plastikowych!) grup rockowych do promocji, utwierdza tylko Rzeszów w schemacie skansenu. Charakter miasta buduje się na oryginalnych, odważnych posunięciach, jakiejś wizji, na czymś co pozwalałoby przewietrzyć miasto, dotlenić, zainspirować. W dodatku wizja ta powinna być na bieżąco koordynowana, dotowana i pielęgnowana. Potrzebny jest ośrodek, który inicjowały takie działania. Wymiana idei, skrzyżowanie pomysłów, nowi i ciekawi ludzie pełni wariactwa w głowach. Na tym gruncie rośnie siła metropolii.

 

2. Nie ma architektury

Rzeszów nie może konkurować w architekturze czy zabytkach z żadnym większym polskim miastem. Jest pozbawiony oryginalnej zabudowy, urbanistycznie trochę zaściankowy. Jednocześnie miasto jest cały czas odnawiane, czyszczone i modernizowane. Niestety jest też dużo inwestycji, które nie przynoszą miastu chwały, wpisują je w nurt małomiasteczkowej tandety.

Uderza przekonanie podzielane przez część moich rzeszowskich rozmówców oraz niektórych forumowiczów, iż ilość i wielkość galerii handlowych jest tożsama z rozwojem i poziomem cywilizowania się regionu. Jest dokładnie odwrotnie. Galerie handlowe są tworzone jedynie z myślą o zysku, a ich poziom wykonania, styl i detale architektoniczne świadczą o tym, jak traktują nas inwestorzy. Otóż w Rzeszowie sposób ich wykonania  koresponduje raczej z wizją tutejszych konsumentów jako osób trzeciej kategorii, bez większych wymagań.

Miasto, które nie może się pochwalić zabytkową i piękną starówką, które historia architektury ominęła szerokim łukiem, zaznaczając się jedynie w detalach,  powinno konsekwentnie stawiać na nowoczesność, ściągać najlepszych polskich i zagranicznych architektów, organizować konkursy starając się włączyć w nie najlepszych z najlepszych. Udane realizacje architektoniczne na najwyższym europejskim poziomie są w tanie odmienić oblicze miasta, poprawić jakość życia mieszkańców, odbudować wizerunek, ściągnąć ludzi z zewnątrz. Czasami nie potrzeba wiele, bardzo często rzecz sprowadza się do detali. Ale miasto potrzebuje koherentnej, nowoczesnej zabudowy.  Nie stać nas na tandetę, kicz i tanie albo zaledwie przeciętne realizacje, bo pozwalając na nie przekreślamy miasto na lata. I proszę nie wmawiać ludziom, że mamy już takie obiekty, bo to zwykłe zakłamywanie się i oszustwo.

Jakość architektury stoi w parze z jakością życia. Obcowanie z dobrą architekturą kształtuje gust mieszkańców i zwiększa wymagania co do innych realizacji, wyrabia opinię publiczną, która staje się bardziej krytyczna wobec tandety.

 

3. Nie ma polityki

Teza ta wydaje się absurdalna tylko dlatego, że przyzwyczailiśmy się traktować politykę jako pustą wymianę zdań między politykami, radnymi, samorządowcami odnośnie różnych spraw, i jakiekolwiek działania z tego wynikające lub ich brak. Tymczasem polityka przez duże „p”, polityka we właściwym tego słowa znaczeniu, polega na spójnych działaniach dążących do określonego celu, opartych na określonej strategii i przynoszących określone skutki. Nie ma polityki na Podkarpaciu, bo nie ma wizji tego regionu, nie ma żadnego pomysłu nań, a wszelkie tutejsze spory są pogłosem ogólnokrajowych wojen i bitew, które odbijając się tu jedynie echem, tworząc złudzenie „dziania się” i nie mają nic wspólnego z województwem.

Podkarpacie ma niepowtarzalny potencjał krajobrazowy. Bieszczady są najsilniejszym argumentem w walce o region, w staraniach o utworzeniu tutaj żywego ośrodka, który zabiegałby z powodzeniem o turystów z różnych stron świata. Zalew Soliński jest dla władz województwa jakąś dziwną, odległa krainą. Promocja miasta nie bierze pod uwagę bogactwa i ogromnego potencjału regionu, bo go zwyczajnie nie zna. Ile osób decydujących o losach regionu zna jego zakątki, jego potencjał i jest w stanie ogarnąć to w jedną całość?

Tymczasem Bieszczady, Pogórze Karpackie, tutejszy południowy region to zielone płuca południowo-wschodniej Polski. Czy ktoś przedstawił kiedykolwiek jakąś wizję tego miejsca, jego znaczenia dla stolicy województwa, dla tej części kraju, Europy? Czy polityka regionalna nie krzyżuje się tutaj jak rzadko kiedy z polityką sensu stricte?

Kłania się także brak jakikolwiek współpracy sąsiadami, z Ukrainą i Słowacją. Jakie miasto, jeśli nie Rzeszów, powinno wieść tutaj prym, inicjować spotkania, przeprowadzać wspólne inicjatywy – prowadzić politykę, innymi słowy. Czy ktoś tego nie potrafi robić, czy po prostu nie widzi takiej potrzeby? Wymiana dokumentów o przyjaźni, postawienie słupków z nazwami miast partnerskich, przecięcie wstęgi i oficjalna wizyta delegacji nie wystarczą. Tak nie robi się polityki. W ten sposób można co najwyżej symulować współpracę.

 

Summarum

Miasto robi co może, aby zaistnieć w przestrzeni kraju. W tym celu wykupuje bilboardy, przeprowadza różne sezonowe akcje, organizuje festiwale, czyni wysiłki, aby zaistnieć w mediach. Podobnie robią inni, choć z lepszym skutkiem i w lepszym wykonaniu. Oczywiście jest jeszcze wiele innych sztuczek promocyjnych, które byłyby w stanie zareklamować Rzeszów i kto wie, przy odpowiednim wykonaniu oraz środkach na te akcje, pewnie udałoby się uczynić miasto bardziej wyraźnym, odróżnić od innych. Cała jednak para pójdzie w gwizdek, padnie wraz z zakończeniem sezonu, jeśli nie będzie czegoś, na czym można taką akcję na trwałe oprzeć. Jeśli miasto nie będzie ku czemuś konsekwentnie dążyć.

Niedawna dyskusja o potrzebie stworzenia Galerii Sztuki Współczesnej w Rzeszowie i niefrasobliwe stanowisko prezydenta w tej sprawie jest  symptomatyczne, bo świadczy o braku zrozumienia dla tego, jak taki ośrodek, odpowiednio zarządzany, mógłby wpłynąć na wizerunek i trwałą zmianę klimatu w mieście. Jak działają takie placówki i czemu służą? Co można w nich zorganizować i jak nimi zarządzać? To jest pytanie, na które ludzie na wysokich stanowiskach powinni znać odpowiedź o każdej porze dnia i nocy.

Tymczasem doczekaliśmy się kolejnej realizacji potwierdzającej pionierską pozycję Rzeszowa i jego status stolicy innowacji. Są nią ozdobne „kwiatowe wieże”, które stanęły na Placu Farnym. Szczerzę gratuluję pomysłu, jesteście Panowie i Panie, po prostu genialni.

--
Patrz też:

:: Przed Rzeszowem świetlana przyszłość
:: Panie prezydencie, domy kultury to za mało
:: Na plac Farny wjechały wieże ze Szczecina

01:01, miasto.rzeszow , Teksty
Link Komentarze (27) »
 
1 , 2
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31